Janek Zrobisz to ja!

– Wstawaj miłego dnia!

To były pierwsze słowa jakie słyszałem każdego dnia. Takie radosne powitanie, które serwowała mi mama, rozwiewało najtrudniejsze poranki. Nawet jak byłem chory, to mama tak mnie budziła. Jak wstawała często w nocy do Zojki, która dużo płakała to i tak budziła mnie w ten sam sposób. Mama mówi, że jaki poranek, taki cały dzień. Chcecie wiedzieć trochę więcej na temat mojej rodziny? To Wam opowiem.

Nazywam się Janek Zrobisz, mam 9 lat. Mam włosy koloru kasztanowego i piwne oczy (to po tacie). Wzrost mam podobny do kolegów w szkole. Ubrania mam fajne (bo mama mi kupuje). Jestem pogodnym i wesołym chłopcem. Wszędzie gdzie się pojawiam, zaraz robi się wesoło. Razem z moją rodziną mieszkam na przedostatnim piętrze w bloku w niewielkim mieście. Wokół mojego bloku rośnie sporo drzew i jest niewielki deptak. Blisko też jest szkoła i sklepy. Pamiętam jak byłem mały to z mojego okna obserwowałem świat. Widziałem park i spacerujących w nim ludzi, obserwowałem ludzi na ławkach, psy biegające po trawie i grupy mam, prowadzące swe dzieci w wózkach. Wszystko było kolorowe i tak mi ładnie migało przed oczami. To znaczy niektórych z tych rzeczy nie wiedziałem wtedy, że tak się nazywają, ale dzisiaj już wiem, bo przecież cały czas się uczę. Mój pokój jest bardzo niewielki, ale mam w nim wszystko co lubię. Dobrze widoczny jest dywan, który przypomina mapę ulic. Dla mnie to prywatny tor wyścigowy, plan gry strategicznej i mapa, dzięki której mogę odnaleźć skarb. W pokoju jest też wygodne łóżko, szafa i spora komoda z zabawkami. Taka, do której wkłada się takie pudła na zabawki. Pudła są kolorowe – ułożone w czterech rzędach – kolejno żółty, zielony, czerwony, biały. I od małego lubię jak w każdym jest równo poukładane i niepomieszane. Jedno pudło na autka, jedno na klocki, jedno na zabawki, jedno na książki. Wszystko równo ułożone. Babcia Jadzia bardzo się cieszyła, że ma tak porządnego wnusia. Chodzi o to, że babcia jest bardzo porządkową osobą. W swoim domu ma zawsze wysprzątane wszystko i dokładnie wypucowane. Wiele razy słyszałem jak tata z wielką ulgą mówił, że już teraz, w swoim domu nie musi tak sprzątać. Wtedy zrozumiałem, że dla niego musiało to być coś strasznego. Ja swój porządek w zabawkach bardzo lubię i dobrze się z tym czuję. Jeszcze niedawno mama i tata też lubili, ale potem po jakiejś wizycie u lekarza przestali się tym tak cieszyć. Teraz znowu się cieszymy, że mam swoje nawyki, każdy razem ze mną chętnie ich pilnuje – to jest bardzo miłe!

Zaraz obok mojego pokoju jest pokój Zojki, mojej trzyletniej siostry. Ode mnie odróżniają ją przede wszystkim jej jasne włosy (jako jedynej w rodzinie), poza tym wygląda jak typowy przedszkolak (wzrost średni, waga akurat). W jej pokoju jest bardzo różowo i ogólnie kolorowo. Ma jeszcze takie łóżeczko ze szczebelkami, a nad nim kolorowe obrazki. Z zabawek ma taką małą kuchenkę, a w niej garnki i różne produkty. Bardzo lubi gotować tak jak mama i wszystkim nas częstuje. Dlatego obiady są u nas często czterodaniowe. Na stole mamy zupę i drugie danie przygotowane przez mamę i obok zaraz wersję Zoji. Do tego dochodzi mnóstwo pluszaków, koników, laleczek, ubranek, czarodziejskich karoc i książeczek. Zoja jest bardzo wesoła i świetnie się razem bawimy. Nie we wszystkie zabawy, bo czasami z jakiegoś dziwnego powodu zaczynam się denerwować i Zojka zaczyna płakać. Wtedy wkracza mama, która jednocześnie próbuje pomóc mnie i Zojce. Najbardziej lubimy się bawić w rysowanie, bo ja uwielbiam rysować i jestem w tym zupełnie dobry. Podobno od małego mazałem kredkami różne wzory i ciapki, z czasem były to zwierzątka i przedmioty. Dlatego siostra mówi mi co chciałaby, abym jej namalował, a ja to robię. Często prosi mnie o zwierzaki.

– Janek narysuj mi kotka, takiego szarego, pluszowego i z białymi wąsami.

I takiego rysuje, a ona się strasznie cieszy. I różnie mi o tym mówi. Jak była mała, ale już chodziła mówiła mi sylabami:

– Jaaaan tiki rysu!

Tak baaardzo przeciągała moje imię, jakby chciała ziewnąć. Odpowiadałem jej podobnie i bardzo dobrze się rozumieliśmy:

– Tiki tak!

I wtedy Zoja wiedziała, że narysuję jej kotka. Teraz mówi bardzo ładnie i wyraźnie. Ja jej dalej odpowiadam tak jak wtedy, ale się tym nie smuci i rozumie mnie doskonale. Moja siostra jak na trzylatkę mówi bardzo ładnie i wyraźnie, ja jak na moje dziewięć lat podobno mówię niewyraźne i dużo milczę. Ale jak Wam mam wytłumaczyć, że w mojej głowie wszystkie słowa układają się ładnie? Nie mam kłopotów z odpowiadaniem na pytania, rozumieniem poleceń czy słuchaniem tego, co się do mnie mówi. Tylko nie umiem jeszcze o tym powiedzieć. Nie wiem jak, ale rozumie mnie Pan Miś, który jest ze mną od małego. Tata kupił go jak był na jakimś szkoleniu, przyniósł mi do pokoju późno w nocy, jak wrócił z podróży. Myślał, że już śpię, ale ja doskonale go słyszałem i pamiętam tę sytuację bardzo dobrze. Trudno Pana Misia nie zauważyć, bo jest bardzo duży. To znaczy kiedyś był mojego wzrostu, ale teraz ja urosłem, a on już nie. Jego futro jest jasne, takie jak lody waniliowe, a szyję otula szalik w czerwono-zieloną kratkę. Pan Miś był ze mną wszędzie i bardzo dużo o mnie wie, bo często rozmawiamy. Nie wiem jak to jest ale on mnie słyszy. Potrafimy rozmawiać długo wieczorami i wymyślamy przy tym różne historie. Raz żeglowaliśmy po dalekim morzu, poznawaliśmy nieznane lądy i walczyliśmy z piratami. Byłem wtedy ubrany odpowiednio, miałem kapelusz na głowie, kamizelkę i krótkie spodnie, kozaki, a na pasku zawieszony nóż. Pan Miś dostosował się do sytuacji i na jedno oko założył czarną opaskę, choć w rzeczywistości dobrze widział. Stanąłem na burcie i krzyknąłem:

– Ahoj przygodo! Statek gotowy, ruszamy w daleką podróż. Na naszej mapie jest jedna wyspa, której jeszcze nie znamy. Panie Misiu proszę do sterów i kurs na północ!

Długa podróż mijała nam na rozmowie i wspólnym śpiewie. Widzieliśmy też mewy, które krążyły nad statkiem i delfiny wesoło skaczące w oddali. Słońce nie dawało nam wytchnienia, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Zgodnie z mapą mieliśmy za kilka mil morskich dotrzeć do wyspy. I tak też się stało. Wyspa okazała się niezwykle kolorowa, pełna wysokich palm i wysokich traw. Mieszkało na niej mnóstw zwierząt – po drzewach skakały małpy, zewsząd widać było lemury, w gęstwinach kryły się legwany. Bardzo się ucieszyliśmy, gdy nad naszymi głowami przelatywały kolorowe papugi i pelikany.

Gdy dotarliśmy do lądu zrobiliśmy szybki obchód, bo wyspa nie była aż tak duża. Dzielnym krokiem z moim wiernym kamratem Panem Misiem dokładnie sprawdziliśmy czy na wsypie nie ma skarbu. Okazało się, że żadnego skarbu nie ma, nie było żadnej skrzyni schowanej gdzieś głęboko. Nie przeszkodziło nam to w niczym, bo wróciliśmy z wyspy bardzo szczęśliwi. Całą drogę opowiadaliśmy sobie o dzikiej roślinności, zwierzętach które spotykaliśmy na wyspie. To było tak niesamowite, bo na co dzień, takich cudów nie widziałem. Drzewa wokół bloku miały liście u góry i długą nogę pokrytą korą od dołu, a krzaki były rozłożyste, pełne krótkich gałęzi czy kolców. Nie było palm, wiszących na nich lian, ani długich liści. Zwierzęta albo miauczały albo szczekały, żadne nie wydawało z siebie porykiwań czy syków. Te wspomnienia to jedyny skarb z jakim wracaliśmy.

Dużo było takich przygód i rozmów z Panem Misiem, moim najlepszym przyjacielem. Z racji tego, że dorasta razem ze mną, dużo słyszał i widział. Były dni kiedy wtulałem się w niego i płakałem, kiedy nikt nie mógł mnie zrozumieć. Takie sytuacje w domu były zawsze bardzo nerwowe. Kiedy szybko musieliśmy wyjść na urodziny babci Jadzi i mama szykowała nam ubrania. Ja dostałem jakiejś złości, jak zobaczyłem, jakie spodnie przygotowała mi mama. One mnie tak strasznie drapały w nogi! Ściskały mnie z każdej strony. Wręcz szorowały i nie cierpiałem w nich chodzić. Dla mamy to były po prostu jedne z moich spodni. I zrobiła się niemiła kłótnia. Dopiero po jakimś czasie rodzice zaczęli mi pozwalać samemu wybierać ubrania.

W naszym mieszkaniu jest niewielka kuchnia, w której bardzo często krząta się mama. Moja mama nazywa się Natasza Zrobisz i ma ciemne kręcone włosy, które często spadają na jej twarz. Często się z tego śmiałem jak byłem mały, kiedy mama nachylała się nade mną w łóżeczku, a włosy delikatnie falowały wokół jej twarzy. Teraz też jak potrząsa głową to tak się dzieje, albo jak się bardzo czymś smuci i kręci głową z niedowierzaniem. Pamiętam jak wróciliśmy od lekarza i mama stała w kuchni wtulona w tatę, płakała i kręciła głową, a włosy jej przy tym podskakiwały jak sprężynki. Lekarz miał znaleźć przyczynę tego, że rozwijałem się inaczej niż koledzy i koleżanki, ale nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Nie umiałem i nie mogłem nic wtedy powiedzieć, a zrobiło mi bardzo się smutno.

Moja mama jest nauczycielką i pracuje w szkole z najmłodszymi dziećmi. Słyszę często od sąsiadek jak mówią do niej:

– Pani Nataszko, pani ma serce na dłoni! Już myśleliśmy, że Krzyś nie nauczy się ładnie pisać. Ja z nim ćwiczyłam, mąż ćwiczył, nawet babcia się pokusiła. O laboga co to było! A Pani jakoś tak mu wytłumaczyła i teraz pisze ładnie i równo. Sam mówi, że dla Pani Nataszki będzie się starał.

Mama zawsze reagowała na takie zdania z uśmiechem. Uważała, że jej praca to powołanie, a do dzieci trzeba mieć odpowiednie podejście. Dużo obserwować, słuchać i patrzeć, a potem rozwiązanie samo przychodzi. Ja nie rozumiałem, czemu niektóre sąsiadki jak odchodziliśmy dalej, stawały razem i mówiły:

– Taka nauczycielka, tak dzieciom pomaga a nie zauważyła, że z jej własnym synem jest coś nie tak. Taki dziwny, osowiały. Podobno może w ogóle nie nauczyć się mówić.

Nie rozumiałem, dlaczego tak o mnie mówiły i dlaczego robiły przykrość mamie. Kiedy spotykaliśmy je innego dnia, znowu były przemiłe. Robiło mi się wtedy bardzo smutno.

Mój tata nazywa się Antoni Zrobisz i wszyscy mówią, że jestem do niego podobny. Tata jest bardzo dobry w liczeniu, analizie i kalkulacji na rynku. Nie za bardzo rozumiem, co to znaczy, ale domyślam się że coś ważnego. Tata pracuje w dużej firmie, czasami mówi, że z rozsądku, dla utrzymania stabilnej sytuacji finansowej naszej rodziny. Wiem, że chciałby być sportowcem, bo sport on kocha. Czasami umawia się z kolegami na mecze piłki nożnej, ostatnio też biega. Bardzo często, szczególnie w weekendy organizuje nam piesze wycieczki. Dzień wcześniej siadamy przy stole i pokazuje na nam mapie gdzie pojedziemy. Są to najczęściej małe wycieczki po lesie połączone z biwakiem na łące i wszyscy je lubimy. Mama jest za to specjalistką od przygotowywania jedzenia, zawsze mamy coś słodkiego i dużo kanapek. I oczywiście dzienną porcję warzyw i owoców.

Tata czasami wyjeżdża na kilka dni na szkolenie, wtedy jesteśmy sami z mamą. Ale jak wraca tata to zaraz nam opowiada nowe historie, które mu się przydarzyły. Tata w ogóle dużo do mnie mówi, bo wie że słucham uważnie. Wie też, że pewnego dnia będę z nim rozmawiał pełnymi zdaniami.

Bo ja, Janek Zrobisz mało mówię, a właściwie prawie wcale. Rodzice się martwią, że coś zrobili źle, czegoś nie zauważyli, ale tak nie jest. Po prostu jednego dnia zamiast przyswajać nowe słowa, po prostu przestałem mówić. Jeździliśmy na badania, zbadać moją wrażliwość, jakieś spektrum, ale te badania w zasadzie nic nie pokazały. Słyszę i rozumiem moich rodziców i Zoję doskonale, a w myślach mówię do nich całymi zdaniami. Doskonale rozmawia mi się z Panem Misiem, on mnie rozumie i zna chyba najwięcej moich sekretów, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Tata czasami mówi jak nas widzi:

– O idzie Pan Misiek i Pan Milczący, dobrana para!

I tak rzeczywiście jest. To Pan Misiek tłumaczy mi niektóre historie, bo nie umiem jeszcze zapytać wprost moich rodziców. Ostatnio rozmawialiśmy o gwiazdach na niebie, o tym skąd się wzięły, ile ich jest i po co są. Pamiętam, jak kiedyś z tatą oglądaliśmy je z balkonu w piękną gwieździstą noc i powiedział mi wtedy o wielkim wybuchu, wyprawach w kosmos, konstelacjach i galaktykach. Mój tata to jest gość, o ilu rzeczach on wie! Chciałbym być kiedyś taki jak on. Ale jak rozmawiałem z Panem Misiem o gwiazdach, o tym jak pięknie migocą i rozświetlają niebo powiedział mi on tak:

– Dawno dawno temu na świecie było bardzo ciemno. No może nie tak bardzo, bo było słońce ale gwiazdy na niebie jeszcze się nie pojawiły. Ludzi też było mniej, żyli w mniejszych grupkach, w domach zbudowanych przez samych siebie. Żyli i pracowali wokół domu, nie gromadzili nic ponad to, czego potrzebowali. Traktowali każdy dzień jako jedyny i wyjątkowy, dlatego spędzali go jak najlepiej potrafili. Często też kilka rodzin spotykało się wieczorami i spędzało razem czas. Dużo wtedy rozmawiali, śmiali się i opowiadali sobie różne historie. Mówili, że dzięki temu mogą się lepiej poznać i żyć razem, bo nic na świecie nie dzieje się bez udziału drugiego człowieka. Szanowali nawzajem swoje opinie, doceniali to co każdy umie najlepiej i słuchali siebie nawzajem. Słuchało też ich niebo, które rozpościerało nad nimi swoją czarną połać. Niebo najbardziej lubiło słuchać dzieci, bowiem ich marzenia wypowiadane w Wieku Pełnej Szczęśliwości, wędrowały do góry i przybierały postać mieniącej się gwiazdy. Nie było określonego wieku na osiągnięcie Pełnej Szczęśliwości, było to związane z różnym czasem przekazywania wiedzy i doświadczenia od rodziców. Dziecko przez cały czas mogło pytać, sprawdzać, eksperymentować i doświadczać wszystkiego na swój sposób. Do wszystkiego podchodzono bardzo spokojnie, bez żadnego przymusu i konieczności. Wszystko miało swój rytm i każde dziecko inaczej wykorzystywało Czas Radosnej Zabawy, kiedy to wszelkie przejawy szaleństwa, niepohamowanej radości, nieustającej ciekawości, ogromu emocji i wrażeń uważane były za jak najbardziej poprawne. Jednak w życiu każdego dziecka przychodził moment, kiedy osiągał Wiek Pełnej Szczęśliwości, poznając już wiele rad od rodziców i rozwijając własne spojrzenie na świat. I kiedy nadchodził taki czas, wszyscy zbierają się przy ognisku i wspólnie przeżywają ten moment. Wtedy chłopiec lub dziewczynka byli gotowi, mogli pomyśleć jedno życzenie, jedną Szczęśliwą Myśl, która wędrowała potem do góry i stawała się gwiazdą. Zdarzało się, że niektóre dzieci miały podobne Myśli i nikt nie uważał, że jest w tym coś złego. Można przecież do pewnych wspomnień, sytuacji, emocji podchodzić podobnie, ale już sama droga, jaką do tego się dochodzi jest dla każdego inna. Absolutnie nikomu nie przychodziło do głowy uważać tego za naśladowanie czy brak własnego zdania. Ta Myśl, to takie najważniejsze doznanie z czasu dzieciństwa, którego nigdy nie chcą zapomnieć i zatracić.

– Zapamiętam na zawsze uczucie dumy i radości, kiedy nauczyłem się chodzić.

– Najlepszym lekarstwem jest uśmiech mojej mamy.

– Jak się pokłócę z koleżanką, to trzeba szybko się pogodzić, żeby nie było nam smutno.

– Z przyjaciółmi mogę wszystko.

– Najsmutniej mi, kiedy mi nikt nie wierzy.

– Zawsze się będę śmiał ze swoich żartów.

– Chciałbym zawsze pamiętać smak porannej owsianki.

– Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego zwierzątka.

– Wiem, że jestem dzielny.

– Zawszę będę kochał Zosię, która mieszka niedaleko.

– Mogę sam wybierać swoich przyjaciół.

– Nie jestem beksą, tylko jestem wrażliwy.

Każda z Myśli była bardzo indywidualna i nikt z ludzi, nie mógł jej podważać czy zmieniać. Przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Ogólnymi Zasadami (które były dawno temu spisane przez mędrców) nie wolno było nikogo zmieniać, bo każdy jest inny. Całe społeczności na początku naszych czasów żyły bardzo spokojnie, według jasnych i określonych Zasad. Kiedy dochodziło do jakiejś kłótni, wiesz Janku, tak jak się czasami kłócą dorośli, to całe zamieszanie nie trwało długo, bo każdy ze zwaśnionych miał odpowiedni czas na przemyślenie całej sytuacji. Wtedy następował moment Wymiany Poglądów, bez żadnego zmuszania do podania ręki na zgodę czy powiedzenia „Przepraszam”. Wymiana Poglądów to swobodnie opisanie danej sytuacji, przez każdą ze stron, tak aby lepiej się zrozumieć. Nie utrudniano tego w żaden sposób, tutaj czas odgrywał najważniejszą rolę.

Z czasem gwiazd na niebie pojawiało się coraz więcej. Mieniły się na niebie przecudnie, układając w różne wzory i kształty. Kiedy pojedyncze gwiazdy rozświetlały niebo, wyglądały jak latarnie morskie na czarnej połaci wody. Im więcej gwiazd, tym więcej wzorów – tu królik, tam niedźwiedź, a jeszcze gdzieś indziej jakaś postać. Samotne gwiazdy były tylko gwiazdami, ale gdy tylko pojawiały się kolejne, mogły tworzyć coś wspólnie. Wiele wiele lat później skupiska gwiazd nazwano konstelacjami. Bardzo pomagają ludziom, którzy wyruszali szukać nowego życia, gdzieś w odległych galaktykach.

Mijały lata i ludzi było coraz więcej, przybywało domów i rozpoczęły się wielkie podróże w poszukiwaniu nowych miejsc do życia. Wszędzie gdzie powstawały nowe osady, wsie czy małe miasteczka starano się żyć w zgodzie ze sobą i innymi. Stąd widzimy na niebie coraz więcej gwiazd, widocznych z różnych zakątów ziemi.

– Panie Misiu i co było dalej? Czy oni dalej żyją, no wiesz Ci ludzie? Przecież gwiazd jest tyle na niebie, tak bardzo dużo, to ile to już Myśli powędrowało na niebo? Mój tata mówił mi, że naukowcy odkrywają nowe gwiazdy, więc to wszystko dzieje się dalej!

– Janku oczywiście! Każdy z mieszkańców Twojego miasta był kiedyś dzieckiem i każdy mocno przeżywał pierwsze emocje, etapy poznawania i uczenia. Tylko teraz to wszystko dzieje się tak płynnie i momentami za szybko, że nikt nie zauważa i nie docenia czasu dojrzewania. Zauważyłeś, że niektórzy mówią bardzo szybko, chodzą bardzo szybko i jeszcze rozmawiają przez telefon? Jak jadą samochodem to się spieszą, jak jadą autobusem też do pospieszają kierowcę? A czas jest cały czas z nami i jest bardzo niedoceniany. To taki naturalny lek, wydawany bez recepty. Trzeba go tylko zauważyć i pozwolić mu rozgościć się w naszym życiu.

***

Mój dzień po porannych słowach mamy zawsze układa się dobrze. Tylko rano jest duże zamieszanie, kiedy wszyscy wstają, ziewają i powoli nabierają energii do działania. Mama wstaje pierwsza, bo jak mówi musi w spokoju napić się kawy i zająć się szykowaniem śniadania. Potem wstaję ja, bo Zojka to się zawsze grzebie. Jej mama musi więcej pomagać w ubieraniu. Jeżeli jest bardzo opornie wkracza do gry tata i ratuje sytuację. Śniadanie jemy wszyscy razem, wtedy rodzice mają jeszcze czas na omówienie różnych spraw. Potem się rozdzielamy na dwa podzespoły, jak mówi tata, i ja idę do szkoły z mamą, a tata zawozi Zojkę do przedszkola. Spacer jest bardzo przyjemny, mama zawsze coś do mnie mówi i opowiada mi o swoich różnych sprawach. Wie, że ją słyszę i rozumiem i jak spogląda mi w oczy, to przekazuje jej całe moje zrozumienie.

Często myślę o tym, co powiedział kiedyś tata, że na moje mówienie też przyjdzie czas. To zdanie powtarzali także lekarze, którzy nie umieli znaleźć przyczyny tego, że nie mówię. Ogólnie jestem okaz zdrowia i super chłopak! Nie pamiętam dlaczego przestałem mówić. Czy wydarzyło się coś strasznego? Nie. Czy ktoś mi zrobił krzywdę? Nie. Wiem, że moi rodzice nie są na mnie za to źli. Pomagają mi i nie traktują jak odmieńca. Co innego zachowanie niektórych naszych sąsiadek (tych samych, co szepczą jak z mamą odejdziemy dalej). Jak mama zaprowadza mnie do szkoły, to z daleko krzyczą nam:

– Dzień dobry!

I patrzą na mnie z zastanowieniem, czy je słyszę czy nie? A ja słyszę bardzo dobrze, tylko czasami patrzę i nie reaguję. Wtedy sąsiadki odchodzą i coś mówią na mój temat. Czuję się wtedy źle, że nie mówią nam czegoś wprost tylko za naszymi plecami. Rodzice mi mówią, że zawsze trzeba być szczerym, bo szczerość to wielka odwaga. Dlatego „Wrrrr” – tyle sobie o tym myślę o takich sytuacjach.

Mam swój tajemniczy sposób na drogę do szkoły. Zawsze wyobrażam sobie niesamowite przygody, postaci i bohaterów, którzy idą razem ze mną idą. Rzecz jasna, słucham cały czas mamy, ale ona wie, że moja pomysłowość musi w końcu wyjść na jaw. I moja wyobraźnia nie znam granic! Zawsze wygląda to tak, że kiedy idziemy sobie spokojnie chodnikiem zaraz koło naszego bloku, nagle okazuje się, że prowadzi on do mostu, który łączy dwie strony ulicy. Most jest taki drewniany z barierkami zrobionymi z lian, a daleko pod nim płynie rwąca rzeka. I mama nagle mówi:

– Nie wiem czemu Krysia nie chce spróbować pracy nową metodą? Przecież nowe nie znaczy złe?

Oj mamo ja nie wiem, wiem tylko że aby trafić do szkoły musimy przez ten most przejść. Ale ze mną, dzielnym bohaterem to się musi udać. Przytulam się do mamy (ona wtedy tak pięknie wzdycha) i przechodzimy przez most raz dwa. I dobrze by było, gdyby to był koniec. Nic bardziej mylnego. Widzę jak zza rogu, wychyla się do nas kowboj i zarzuca w moim kierunku lasso. Kucam, bo mój refleks jest bezbłędny.

– Janku szybciej wiąż buta, bo zaraz dzwonek.

Jakbyś Ty słyszała trzask tego bata, to też byś kucnęła (myślę sobie). Nie obawiaj się, gdyby tylko kierował się w Twoją stronę, zaraz bym Cię obronił. Wiadomo. Umykając przed kolejnymi pojazdami, walcząc z mrugającym zielonym docieramy do szkoły. Kilkuminutowy spacer może być wyprawą, za każdym razem inną i bardziej szaloną. I wiecie co? Rodzice mi powtarzają, że każdy dzień to lekcja i nic z pozoru nie jest takie samo. Dlatego mój dzień w szkole, rodziców w pracy i Zoji w przedszkolu jest takim małym poligonem doświadczalnym. Rosnę, doświadczam i idę do przodu.

Powiem Wam teraz mój największy sekret, tylko nikomu nie mówcie. Wyjątkowość mojej rodziny, polega na tym że jest podobna do Twojej i ja jestem podobny do Ciebie, drogi czytelniku. Wspaniale się we czwórkę dogadujemy i tworzymy całkiem zgrany zespół. Nikt mi nie wypomina, że nie mówię, że przez to jestem „gorszy”. Kiedyś im za to pięknie podziękuję, własnymi słowami.

I jeszcze jedno, jak będziecie kiedyś w moim mieście, takim zwykłym jakich wiele, to zapraszam do nas. Podaje adres:

  1. Dobry kierunek 5/25.

Dodaj komentarz