Mieć, a nie mieć

 

Ilekroć myślę o ogarnianiu, to otwierają mi się nowe przestrzenie w głowie. Wszystko kreuję sobie sama, na nikogo winy nie zwalę ani nie będę mieć pretensji. Tak było kiedyś, a teraz jest inaczej. Przyjmuję to wszystko.

Jeszcze czasami dusi mnie strach, że w moim OCH świecie jest teraz więcej tego, co ten świat ułatwia. I naprawdę ciężko czasami wydać 200 zł w markecie, ot tak. I choć kwota dla niektórych zaporowa, dla innych niewidoczna, dla mnie jest nowa. Uczę się żyć w nowej strefie komfortu, kiedy bliżej mi do posiadania niż do braku. Z ogromną wrażliwością wspominam dni (nie tak bardzo odległe), kiedy na zakupy za 200 zł mogłam pozwolić sobie na początku miesiąca, bo od połowy to była już taka przetrzymywanka.

Z poprzednią strefą komfortu byłam po imieniu, było nam bardzo dobrze razem. Nauczyłam się tak robić zakupy, że za 100 zł to był full wypas na weekend. Nauczyłam się manewrować budżetem, co kiedy i w jakiej kolejności opłacić. Nauczyłam się dobrze czuć z lękiem przy kasie, czy mi na pewno starczy na zakupy, bo jak nie to kicha. Z tym wszystkim dobrze mi było żyć i bardzo długo bałam się sięgnąć po nowe. Paradoksalnie wiem, że im lepiej mi było w niedostatku, tym dłużej on się utrzymywał. Bo skoro radzisz sobie z tym co masz, to po co Ci dawać więcej? Ja w tej sprawie długo milczałam. Ale jak zaczęłam krzyczeć i wołać, to nie mogłam przestać. Z pewnością siebie stwierdzam, że zasługuję na więcej. I teraz powolutku uczę się z tym więcej żyć.

Dodaj komentarz