Nie! Dla zatrzymania się

Szlag mnie czasami trafia na brak pieniędzy. Ale to momentami tak wielki, że rozniósłby kanion (choć kanion to dziura i mogłaby się chyba stać tylko większa i głębsza). Mnie wewnętrznie rozsadza, kipię w środku, nie podchodzić bo gryzę. Pieniądz nie jest nadrzędny w moim życiu, ale niezmiernie przydatny. Pomaga realizować marzenia (te dwa tygodnie w blaskach słońca i szumie morza), smaki (ryby w azjatyckich sosach i dobre sfermentowane trunki) i ogarniać rzeczywistość (rachunki – poetycko was nie nazwę). I tak w swojej rzeczywistości takie stany miałam wielokrotnie i stwierdzam uroczyście, że za dużo.

Dlatego od tej chwili nie ma, wypieram i nie pozwalam wejść w moją świadomość, że dobrze mi z brakiem pieniędzy. Nie jest dobrze. Szczególnie, że działania zawodowe czy moje wykształcenie powinno być wypadkową sukcesu. Czyli nie w tym problem? Ano nie w tym, tylko sama sobie urządziłam taki stan (o tym szerzej napiszę w innym czasie). Nie pozwoliłam sama sobie zarabiać, mocno uwierzyć w moje możliwości. Niewiarygodne jest uczucie, kiedy do Twojej świadomości dociera fakt, że wszystko jest w głowie. Trochę jak z przysłowiem (czy powiedzeniem), że jest się kowalem swojego losu. Ale ja naprawdę nie chciałam, aż tak utrudniać sobie życia! Serio. Tak się złożyło, ale przyjmuję że to co było kiedyś, nie musi być teraz. Mocno działam nad zmianą siebie i zauważam jak mocno zmienia się moje otoczenie, moja rzeczywistość. Ogarniam swój chaosJ i zawsze, ale to zawsze jedynym ograniczeniem będę ja sama. Mam swój plan, wizję i marzenia, do których dążę i choć nie jest łatwo, po prostu się nie poddaję.

Pewnie wiele myśli będzie do mnie wracać. Jeżeli nie już od siebie samej, to z otoczenia, które w różny sposób odnosi się do mojego działania. Usłyszałam kiedyś, że „nie da się żyć tak jak ja, tak nic nie robić i nie pracować i nie zarabiać”. Trochę taki policzek, bo było/jest/i będzie mnóstwo sytuacji zarobkowych na plus, mimo że większość pochłaniają koszty życia i niebycia. Ufam sobie i swojemu sposobowi na życie i pracę. Mnie harówka 8 godzin na etacie nie urządza, ani płacenie ZUS-owi, ani wstawanie rano z grymasem na twarzy na pierwszą myśl o pracy. Wybieram wolność.

Ale jeżeli jest tak, że wierzysz w to co robisz? Jeśli wszelkie działania zmierzają ku konkretnemu celowi? Jeżeli całą energię kierujesz w konkretnym celu? I odrzucasz po drodze rzeczy, które zabierają Ci czas, energię i oddalają marzenia? I potem męczysz się w tej pracy, patrzysz na tych  ludzi, którzy tylko mieszają Ci w głowie i nic dobrego nie wnoszą. Czekasz na ten przelew na koniec miesiąca, który rozbrzmi echem w wirtualu, że w realu rozejdzie się po kościach i drobnych opłatach. Dobre wrogiem lepszego. Ja wolę być szczęśliwa.

Dodaj komentarz