Mam się, zjem się

Nienawidziłam siebie przez ponad połowę mojego życia. Nie było nic, co bym w sobie widziała jako piękne. Zawsze przeszkadzał mi mój wygląd. Jak byłam za gruba, drażniły tłuste nogi, drugi podbródek, zwalista figura. Jak wtedy chciałam ubrać się ciut piękniej, to obcisłość stroju krępowała ruchy.

Kiedy trochę chudłam, czerwieniłam się do środka na komplementy, chciałam zniknąć. Ubrania nosiłam za luźne, sprzed transformacji, więc wyglądałam nijak. Nie pozwalałam sobie cieszyć się swoją zmianą.

Bo moja zmiana była tylko z zewnątrz. Gniłam od środka i pozwalałam na to. Czułam się dobrze, kiedy byłam prywatnym obiektem kpin. Zbiorem wystających fałd, wielkiego nosa i najogólniejszym workiem nieszczęść. Przez lata wszystko starannie pielęgnowane i podsycane, uznało swoją rację i nie dawało za wygraną.

Czułam, że moje ciało ma dwie strony. Brzydkie odpycha, ładniejsze jest niebezpieczne. Piękno stanem zagrożenia. Jak można mieć wbity do głowy jeden obraz siebie? No jakoś można. Moja kobiecość nim zaczęła istnieć, skończyła swój żywot. Z zewnątrz forma, w środku pustka.

Próbowałam dostosować się do świata, a cały czas odstawałam. Głupia ja. Teraz to widzę, ile lat straciłam na tym. Ile razy siebie zniszczyłam.

Teraz stawiam sobie nowe wyzwanie. Cieszyć się sobą w całej okazałości, pozwolić sobie na niedoskonałości, doceniać każdy wymiar siebie. Z radością patrzeć na piękno innych kobiet, z podziwem będę brać od nich ile się da. Takie wewnętrzne piękno jest w każdym.

Ulga. Rozpoczynam akcję-nieakcję #radośćzsamejsiebie

Dodaj komentarz