Podróż do przeżycia

 

Zasadniczo w podróży byłam całe życie, choć przystanki miałam różne. Bo jak zrozumieć inaczej dorastanie, dojrzewanie i wkraczanie w dorosłość? Bagaż jest inny, bo ja za każdym razem byłam inna.

Letnie miesiące w dzieciństwie zawsze skąpane były w słońcu. Witały mnie poranki z nieśmiałymi powiewami wiatru, które wraz z upływem godzin ustępowały sile słonecznych promieni. Znakiem wakacji była zabawa na podwórku. Nam się po prostu nie chciało siedzieć w domu, lepiej było dom przenieść na trawę. Dzięki sile dziecięcej i sąsiedzkiej wyobraźni namiot stawał się kuchnią, menażka garnkiem, a woda i trawa dawały zupę. W momencie wyczerpania leżało się na trawie i odganiało mrówki.

Mrowienie na karku i motyle w brzuchu określały dojrzewanie. Zawsze czegoś było za mało lub coś nie szło według planu. Brakowało pewności siebie, by spojrzeć mu w oczy i wtedy rosło niezadowolenie, kiedy on wybierał inną. Snuło się wtedy wielkie plany i nikt nie bał się mierzyć wysoko! Wybieraliśmy najlepsze ścieżki kariery, za bardzo luksusowe życie i siłę w sobie do przenoszenia gór. W rzeczywistości marzenia pomagały oddzielić się od normalności. Zerwać pancerz nijakich ubrań, bo na stylowe wylewające się z szafy trzeba było jeszcze poczekać kilka lat. To był czas radzenia sobie z faktami. Żelaznymi prawidłami, które miały wyznaczać nasze ścieżki. „Pójdź tak jak wszyscy” – najbezpieczniej. „Wybierz to, co pewne” – masz szansę na wieloletni brak zmian. „Zobaczysz jak to będzie” – kiedy pójdziesz trochę za głosem serca, choć wiesz że nie masz talentu, ale Cię do tego rwie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za parę lat nie będę żałować. Ale droga do tego ani łatwa, ani wesoła nie była.

imag2076

                W dorosłości poranki są różne. Przynajmniej ja lubię te chwile wyrywać tylko dla siebie, po nocach różnych jest moment tylko dla mnie. Jak ilość czasu jest odpowiednia to rozkoszuję się łykami czarnego płynu. Kawa, tak kawa jest dla mnie luksusem poranka. Nie widzę nic, poza lekką strużką pary unoszącą się nad kubkiem. Nie ma mnie wtedy w pracy, mimo że realnie ona jest i twardo trzyma się codziennego grafiku. Nie ma mnie też w sklepie, którego gazetkę promocyjną znam wzdłuż i wszerz i marketingowo daję im satysfakcję, bo kupię w większości to, co proponują. Nie ma mnie w banku, bo tam to za bardzo mnie nie chcą. Jestem za to w domu i w myślach omiatam każdy kąt. Jestem też z najbliższymi, których głosy słyszę naprzemiennie i które upewniają mnie o moim miejscu w życiu. Nawet jeżeli moja ważność kształtuje się przez pomoc w szukaniu maskotki lub karmienie wiecznie głodnych. Przecież jedno nie ujmuje drugiemu. Można walczyć ze światem lub dbać o zaspokajanie jego podstawowych potrzeb. Nie ma co się wysilać na zbawczość, jeżeli podstawy kuleją.

Siłą rzeczy od schematu dnia codziennego dobrze czasami odpocząć. Przyzwolenie niejako dają te dwa wakacyjne miesiące. W człowieku wcześniej nasila się poziom irytacji, zmęczenia pracą, braku snu. I z tego stanu może wyciągnąć tylko wypoczynek, podróż która da wytchnienie. Postawiłam w tym roku na Beskid Niski, bo po pierwsze nigdy tam nie byłam, a po drugie nigdy wcześniej nie umiałam wypoczywać. Żyłam w schemacie własnych ograniczeń i poczucia, że nic mi się nie należy, a na pewno nie własne szczęście. Istniała we mnie z jednej strony dzika chęć rozbudzenia w sobie spontaniczności, a z drugiej sumienna i sztywna poza niecieszącej się życiem kobiety. To drugie było zdecydowanie prostsze. Nie wymagało większego wysiłku, bo od lat utrwalane stało się naturalną skórą. Jej naturalna bladość dobrze się z tym komponowała, nitki żył gdzieniegdzie dzieliły ciało na sekwencje. Sama na ten rozłam sobie nie pozwalałam. Po wielu latach trzymania, rozsypałam się. Teraz składam się z lepszych części, co jest cudowne i tak bardzo moje.

Życie jest podróżą i na początku nigdy nie jest się takim samym, jak na początku. Pojechaliśmy w Beskid Niski całą rodziną z jedną misją – uspokoić się. Już w drodze do przywitały nas drzewa, rosnące na niewielkich wzgórzach. Otwarte przestrzenie w różnych kolorach trawy, niskie łemkowskie chaty i życzliwi ludzie. To nic, że większość miejscowości wydawałoby się, że jest na końcu drogi. Zamieszkujący je ludzie i domy były odrębnymi od reszty świata azylami. Małe łemkowskie chatki mają małe okna, ale za to większe podwórka. Aranżacja ich jest pomysłem gospodyni. Niektóre mają bogactwo kwiatów przed domem, małe skalniaki gdzieniegdzie i ławeczkę pod drzewem. Inne mają małe plastikowe place zabaw i trampoliny. Jeszcze inne wielką łąkę, po której swobodnie przechadza się bocian. To co mnie urzekło – gospodarstwa nie są otoczone ogrodzeniami. Granicę między tym co moje, a sąsiada wyznaczają żywopłoty lub jakieś krzaki.

W miejscu, gdzie mieszkaliśmy ludzie nie mieli ograniczeń. Częstowali nas (poza tym co świadomie wykupiliśmy) tym, co było efektem ich pracy lub natury. Jajkami od własnych kur, warzywami z ogródka, nabiałem i miodem od dobrej woli ich twórców. Czyż to nie cudowne? Tutaj nawet zakupów się nie planuje. Jeden sklep na kilka miejscowości okazuje się wystarczający, a jak czegoś brakuje to można kupić u pana w busiku. Tak tak, takim białym samochodem przez wioskę przejeżdżał sprzedawca. Jechał i wołał, a ludzie podchodzili i kupowali. A jak nie miał, to obiecywał, że dowiezie. Bez marketingu, szarpaniny w kolejce do kasy, walki o najlepszą cenę.

imag2092

                Najpiękniejszy moment? Było ich kilka. Z pewnością kawa wypijana na tarasie z widokiem na buczynowy las, kiedy widziałam tylko błękit i zieleń. Kątem oka widziałam dzieci, gdy je zamknęłam słyszałam pojedyncze słowa przerywane śmiechem. Miejsce mojego wypoczynku witało mnie dobrocią, co więcej karmiło mnie z największą wdzięcznością. Odpoczęłam od tej roli w codzienniku matki, kiedy szykuję posiłki. Teraz dla mnie je szykowano i pytano na którą godzinę obiadek i czy mi smakowało. A mogłoby być inaczej?

Te wakacje całej rodzinie były potrzebne i we wszystkich coś zmieniły. Były wymarzonym wypoczynkiem, bez Internetu i zasięgu. W sklepie nie można było płacić kartą zaraz po burzy, bo wtedy jeszcze linie nie działają. I tyle, po prostu się do tego dostosowujesz. Zmniejszył się dystans między próżnymi potrzebami, rzeczami które zagracają rzeczywistość. Jeszcze ważniejsze stało się bycie niż posiadanie. Choć przedmioty ze zdrowym rozsądkiem sprowadzamy do roli wspomagaczy w różnych dziedzinach i aspektach. Natomiast relacje, które budujemy pielęgnujemy wyjątkowo mocno. Pobyt w Beskidzie Niskim nas zbliżył, ale nie tak że to coś nowego, ale upewnił że razem jest nam dobrze.

Podróżowanie razem jest lepsze, zdobywasz wtedy więcej i doświadczasz więcej. Masz wtedy też możliwość pobyć sam, bo jedno drugiego nie wyklucza. Nie jesteś samotny i zdany na siebie, bo w takiej korelacji nie da się istnieć. I o tym warto sobie przypomnieć.

imag2314

 

Dodaj komentarz