Trwałe rozmowy

W kilku rozmowach usłyszałam coś o sobie.

Jadąc z SOCH rozmawialiśmy o mojej pracy, opowiadałam o zajęciach z seniorami. Sytuacja wygląda tak, że przez prawie dwa lata spotykałyśmy się w innym miejscu, a od początku tego roku mamy nowe miejsce. W tamtym po prostu już nie mogłyśmy się spotykać. Przed grupą stanął wybór – albo zrezygnować ze spotkań, albo przyjeżdżać do nowego miejsca. Niesamowicie było to życzliwy czas spotkań, międzypokoleniowy i bardzo żywiołowy. Jaka zapadła decyzja? Kochane kobietki zdecydowały się przyjeżdżać do nowego miejsca, bo nie chcą tracić naszych spotkań. Naszych! Czyż to nie cudowne? Dlatego co poniedziałek o 9.00 rano zbieramy energię, uśmiech i dobre słowo na początek tygodnia. Chcemy być razem dla siebie.

Dopiero uwaga od syna uświadomiła mi, że jest coś w tych spotkaniach i we mnie takiego, że panie chcą w nich uczestniczyć. Z dawania czasu i życzliwości powstała mocna więź, która złączyła nas na dobre. Wydawało mi się, że jako prowadząca mogę coś nieumyślnie narzucić lub zasugerować, ale takiego czegoś nie było. Spokojnie więc niech cykl spotkań zatacza swoje kręgi.

Podobnie było któregoś sobotniego poranka. Kolejna podróż samochodem i przewożenie dzieci na zajęcia. To się naprawdę powtarza, i w tej rutynie ciężko coś dostrzec. Szczególnie mnie, kiedy działam machinalnie. I tak pewnej soboty podjechaliśmy po pewną dziewczynkę (COCH i SOCH byli ze mną w aucie). I mam za zadanie przewieźć dzieci, a żeby było raźniej, to zagaduję:

– A to zabrane? A tamto zabrane? (rzecz jasna podaję konkretne nazwy) A humor zabrany?

I tak nam w takim wesołym nastroju mija ta krótka podróż. I pod jej koniec, kiedy już jestem sama z SOCH ten mówi do mnie spokojnie:

– Mamo, jaka ty jesteś pozytywna i masz dobry kontakt z dziećmi.

Z mojej perspektywy było  to zupełnie niewidoczne, dla kogoś z boku odbiór jest inny. I tylko dopowiadam, bo nie umiem przecież zostawić takiego tematu spokojnie i bez wyciśnięcia do końca, że to wszystko działa w dwie strony. Mocno pracuję i staram się być uważną na to co mówię i do kogo mówię. Wiem, że jak komuś daję małą cząstkę uwagi, skupienia i zwykłej życzliwości, to potem gdzieś tę cząstkę odzyskuję. Często bronię się przed przyjmowaniem takich uwag, bo bliżej mi do tego, aby być niezauważalną. Działam gdzieś w tle i nie oczekuję od nikogo splendoru i chwały. Swoją codzienność otulam w płaszczyk działań, nad którymi się nie zastanawiam. Nie planuję i nie układam ich, one po prostu się wydarzają.

Jedna z ostatnich rozmów była ostrzegawcza i otrzeźwiająca. Nie zauważyłam pewnych działań, zachowań pewnej osoby. Patrzyłam na nią tak jak zawsze, nie biorąc pod uwagę zmian, które w niej ostatnio zaszły. Co najgorsze dla mnie, patrzyłam w zupełnie innym kierunku. Poprzez moją swobodność (może rozkojarzenie lub brak czujności?) mogłabym jej i sobie zaszkodzić. Zadziwiająco prosta i niepozorna rozmowa, która okiem innej osoby stała się dla mnie cenną lekcją. Aby na pewne problemy poza sercem patrzeć szerzej, dogłębniej i z większym wyczuciem.

Wniosek nasuwa się sam – rozmawiać i słuchać, trwać i być, pytać i odpowiadać. Nie wahać się.

 

Dodaj komentarz