Pani panu państwu

Podróże kształcą. No dobrze, zawsze i wszędzie. Wychodzę z postawy, że życie to podróż. Wybieramy się w nią z lepszą lub gorszą wyprawką. I nie, że a ten to miał w życiu łatwiej, bo rodzice mu dali pieniądze, załatwili pracę, kupili samochód. A co komu do tego? To mówiący o tym stawiają się w świetle roszczących sobie prawo o podobne traktowanie. Tobie nie dali pieniędzy, pracy czy samochodu? A co komu do tego? Gdzie jest napisane, że aby coś mieć ktoś Ci musi coś dać. Dać to sobie można prezent lub po nosie. Lub wirusa jak w przypadku pewnej podróży pociągiem.

 

Zwykły dzień, zwykła ja, będąca w innym mieście. I żeby wrócić do kochanych bliskich, do tych którzy sprawiają że nie jestem sama, że mam wsparcie i miłość, o jaką można sobie tylko wyobrazić. I te wszystkie pieniądze, domy, samochody przyjdą albo nie, to kwestia tylko pewnych działań. Miłość jest decyzją, miłość jest nam dana do pielęgnacji. Miłość się przytrafia, albo trafia nas mocno. Miłość zbiera w sobie jak gąbka trudne stany emocji, złość i zmęczenie, zmianę ciała i wiotkość duszy, brak uśmiechu i łzy w oczach, te wszystkie braki pieniędzy, samochodu, domu i pracy. Miłość to znosi z godnością. I jak to wszystko się przejdzie to wiesz, że miłość po prostu jest. I odczuwasz ją nie w splendorze motyli, które przekwitają i mają swój cykl. Taki i miłość jest mocna i zmierzwiona, a za chwilę apatyczna i wolna. Ale pomiędzy tym wszystkim po prostu jest.

Żeby wrócić wybieram pociąg, bo nie muszę wiele w nim robić. Siadam i zaraz wysiadam. Tym razem podróż minęła w towarzystwie pana ze wschodu, który z zamiłowaniem jadł suchą krakowską czy beskidzką z chlebem. I uparcie twierdził, że rozumiem o czym mówi, kiedy zadawał mi pytania w swoim języku, machając przed oczami telefonem komórkowym i konwersacją w bukwach. Ale wysiadł, gdzie miał wysiąść. Powiedział temu komuś przez telefon o której i gdzie wysiada. Dobrze, że gdzieś kogoś miał.

Kilka stacji później wsiadła pani, która rozbiła pociągową ciszę poszukiwaniem swojego miejsca. Po krążeniu między rzędami tych samych krzeseł o numeracji, która dla mnie nie jest po kolei, znalazła swoje miejsce. Koło pana, któremu o tym wszystko opowiedziała. Ale po dwóch kichnięciach pana, powiedziała że się przesiądzie o tu, do innego pana. Zrozumiałe, niedawno chorowała i nie chce się narażać. Że też nie mówią o tym przy rezerwacji biletu, powiedziała do innej pani, która docelowo stała się jej kompanką podróży. W końcu trafiły na siebie i z wdzięcznością przegadały całą podróż.

Z państwem rozstałam się na swojej stacji. Z głębokim poczuciem bycia w tej podróży, pełnej ludzkich rozmów, oczekiwania na kogoś, troski o siebie i o innych. I jakiegoś takiego wrażenia, że jeszcze mamy serca wypełnione miłością, jakimś wymiarem boskości i duchowości, która nie robi z nas luźnych bytów. Znieczulenie nie objęło jeszcze wszystkich.

 

2 Replies to “Pani panu państwu”

  1. Lubię czytać Twoje wpisy, są takie…poetyckie 🙂

Dodaj komentarz