Zgłaszam nieobecność

Czy muszę ryczeć, żeby pozostać sama sobie w spokoju? Przecież krzyk jest tak naturalną demonstracją „nie”. Łatwiej cichego ominąć niż na krzyczącego zareagować. Teraz wszystko bije po oczach, a Ty człowieku zostajesz zupełnie sam.

 

Miałam ostatnio sytuację, kiedy nalewałam zupę dla innych ludzi. Pomagałam, jak mogłam.  Sytuacja wzięła mnie z zaskoczenia, nie było więc czasu na zgubne zastanawianie. Tutaj trzeba było szybko. Nalewałam zupę wielką chochlą i szło jak szło, koślawo. I pan skwitował: „A co to, kobieta i nie umie zupy nalewać?” W pierwszej i ostatniej chwili mnie zamurowało i coś bąknęłam, że nie taką chochlą tylko mniejszą nakładam. Jak odchodził to mamrotałam pod nosem, że u mnie w domu każdy szykuje sobie sam jedzenie. Guzik prawda.

Taki mały myk, przez który nieciekawy wyszedł mi wynik. Ile w obecnej rzeczywistości kreuję, a ile walczę z obecnym stanem. Ok, postanowienie które powstało w myśli – kreować inaczej. Wydostawać się na powierzchnię z własnych ograniczeń.

Nie wiem czemu teraz zbiera mnie na jakieś podsumowanie. Stan, w którym jestem trwa kilka lat. Wielka walka o zmianę i ogarnianie chaosu (choć Wam czytającym do tej pory całości nie opisałam. Przepraszam).

Nie chcę być rozczarowana sobą. Ani świętami, ani gonitwą żadną. Nie chcę się męczyć i skrywać, choć jest mi tak o wiele bezpieczniej. Ale przepływa mi przez głowę myśl, w zasadzie więcej niż raz, a tu już stanowi o czymś więcej, niż przypływowi chwili. Myśl, żeby zostawić to co jest i zacząć od nowa.

Dodaj komentarz