Loose, footloose

Trzymam się w garści, choć od środka płonę. Rozrywa mnie taka wściekłość, że mogłabym krzyczeć najgłośniej na świecie. Mogłabym wyładować się fizycznie, wentylując zmęczony umysł. Mogłabym, a jednak złoszczę się bardzo cicho.

 

Gdzie nie przyłożę oka lub ucha odbieram jeden przekaz – niewyrażone emocje wracają ze zdwojoną siłą. Jak taran przepychają się przez wnętrze i wtedy to jest dopiero pracy. Kolejne to takie, że gniew trzeba wyrazić. Musisz znaleźć ujście i w pełni zrozumieć po co się gniew pojawił. Bo gniew jest efektem czegoś, zapomnianego i bardzo ważnego. W moim przypadku to zgnilizna sprzed wielu lat, zakotwiczona we mnie do tego stopnia, że przestałam ją zauważać.

Ale już, już wygrywam z nią. Tylko i wyłącznie dlatego, że ją nazwałam i zaczęłam walczyć. Po pierwsze u specjalistów, po drugie u samej siebie. Pogodziłam się sama ze sobą i odpuściłam sobie wszystkie winy. Jeny, ile w człowieku jest myśli, że za wszystko wini siebie? To przeze mnie, sama jestem sobie winna, to się musiało tak wydarzyć, gdzie ja miałam głowę, to jakaś kara.

Przyznaje się teraz, że mam słabszy czas. Jest mi smutno, samotnie i źle. Narastający we mnie gniew odczuwam, jako stan przełomowy. Taki, że po nim już wiele rzeczy będzie inne. Na ten moment ratuję się ciszą, czytaniem i artystycznymi randkami J

Chyba nie różnie się w tym momencie od przyrody, która walczy o swój czas.

Dodaj komentarz