Mała pochwała siebie

 

Po urlopie wiatr dalej wieje w mojej głowie. Bliżej mi do spokoju i ciszy, choć w upalnym słońcu niż do zmiennej jakości pogody w Polsce. Może czasem słońce, czasem deszcz, ale zdecydowanie wolę władać swoją przestrzenią, stawiać jej warunki i egzekwować. W końcu mieści się w niej moje cudowne całe JA.

 

Wieki średnie to może miały swój urok, ale w blasku ich cienia to ja siebie nie widzę. Na szybko kojarzą mi się ciemnie mury, pokryte dreszczem wilgoci. Ciemne wnętrza pełne kurzu, który wzbija się przy każdym powolnym ruchu mieszkańców chaty. Ludzie smętni, mało widoczni, to ogólnie to marazm. Pewnie, że to stan potrzebny i przejściowy. W karuzeli życia świata wszystko się wymienia. Ciemność na światłość. Zamiłowanie do rozumu na zamiłowanie do serca. Pochwałę głupoty na pochwałę życia. To trochę jak w toku naszego życia, jedno następuje po drugim, z mniejszym lub większym tąpnięciem.

Mnie się bardzo dobrze było samej ze sobą na urlopie. Nie było tych chwil zatrzęsienie, ale wystarczyło, abym poczułam ogromną wdzięczność do siebie. I to że poczułam święty spokój! W bardzo prostych gestach wkradł się w moje wakacyjne bycie. W niespiesznie wypijaną kawę, przy gwarze i szumie, kiedy każdy z automatu działał, patrzył i reagował. W tym wakacyjnym rytmie chodzenia na basen, plażę, do klubu, na obiad, na spacer była rutyna, która dawała poczucie bezpieczeństwa.

Przełożyć wakacyjny rytm na pragmatyzm codzienności

Nawet jak codzienność nam się zmienia, na co pozostaje nam przytaknąć lekko głową i przyjąć. Może nie każdemu, ale mnie teraz tak przystoi. Trochę się szukam w nowych myślach, nasłuchuję. Niech czas robi swoje, bo cała reszta i tak się dzieje.

Dodaj komentarz