Bliskość na odległość

Ruch się zrobił na ulicach. Nie dość, ze pojawiło się więcej słońca, budynki stały się bardziej widoczne, a cień który się przed nimi rozciąga zahacza o maszerujących ulicami. Zrobiło się gwarno, słychać dzieci na podwórkach, szum opon rowerzystów, dzwonki tramwajów, trąbiące klaksony i podszepty ludzi – to tu, to tam ktoś gdzie idzie, dopytuje, coś sprawdza. Upragniony rytm wrócił, choć trochę prawdy schował jeszcze za maseczką.

 

Pamiętam początek pandemii (Boże, jak to brzmi!).I choć teraz brzmi to groteskowo, to wtedy strach grał pierwsze skrzypce. Nikt się nie pytał dlaczego, tylko zaakceptował stan oczekiwania najgorszego. Pamiętam, dotknął mnie ten strach kilka razy. Trzymałam się w równowadze, ale globalny rytm oczekiwania na wzrost zachorowań na wirusa złapał mnie za gardło. Na szczęście potrafię już rozpoznać w ciele, kiedy pojawia się lęk i panika. Przynajmniej na tyle szybko, żeby nie wygrali ze mną, tylko szybko wraz z rytmicznym oddechem sobie poszli. Czułam, wiedziałam że w tym czasie musze być silna dla najbliższych, dla dzieci. Że moje funkcjonowanie, to tez ich funkcjonowanie. Będąc razem w domu, przewróciliśmy go trochę do góry nogami. Na początku szalałam z jedzeniem, wspólne śniadania, gotowanie, przetwarzanie wręcz produktów na cudowne posiłki. Po tej fali uniesienia doszła edukacja wczesnoszkolna, artystyczna i praca zawodowa. I już tak ładnie nie było. I już uwierało tkwienie razem, kiedy chciało się więcej, a to więcej zostało zakazane. Odkryliśmy zatem na nowo stare filmy, zawsze cudne filmy przyrodnicze.

Im dalej, tym było ciężej. Ale ten kaliber był pełen prawdy, bo zawierał zarówno brak jak i zauważenie. Brakowało spotkań z przyjaciółmi, chodzenia do szkoły, rozmów i sekretów, niezaplanowanych zakupów. W prezencie za to dostaliśmy więcej luzu, rozmów o emocjach, oddychania dla ratowania życia i zdrowia, rozmyślania i snucia planów.

I jak tak patrzę na zewnątrz, jak to wszystko się układa (izolacja, dystans, konflikty, zamieszki, walka o swoje prawa, równość, miłość) to mam wrażenie, że zdajemy wielki test z bycia człowiekiem. Człowieczeństwo jest teraz bliżej nas niż nam by się mogło wydawać.

Dystans się skraca do odległości serca.

 

***

Ostatnio wieczorem miałam małą aferkę w domu. Afryka Dzika. Szczególnie, gdy temperamenty są gorące, a tak naprawdę pod całym tym kurzem i dymem chodzi o bycie z sobą. Zadziwiające, tak się za sobą tęskni, a to właśnie w tej potrzebie bliskości rodzą się małe zgrzyty. Nieistotne są naczynia, rozrzucone ubranie, pytania powtarzane, oczekiwanie i proszenie. I jak w końcu wszystko łupnie, to COCH mi mówi, że mnie nie ma wtedy, kiedy ona chce. Do południa wchodzi do pokoju, aby się przytulić, a mnie wtedy nie ma. I nam się smutno z tego wszystkiego, że się w tym smutku przytuliłyśmy i pobyłyśmy.

Dodaj komentarz